Czego nauczyłam się z…? #1 – Trylogia Niezgodna czyli o związkach i lękach

Trylogia Niezgodna

Zaczynam nową serię rozwojową, bo coraz więcej komiksów, książek, filmów, a nawet piosenek chodzi mi po głowie i uczy czegoś nowego. A ja lubię się uczyć, tak po prostu (#wstydliwewyznania). Wyciągać wnioski z rzeczy, które pozornie nic nowego nie wnoszą do życia, a przecież mogą. Wystarczy tylko otworzyć im drzwi i nie spinać się ciągle, że jak nauka to tylko z ambitnych filmów, z ąę literatury i z muzyki klasycznej. Nie, żebym coś miała do nich, ale ja tam wolę uczyć się z tego, co uznam za słuszne, a nie z tego, z czego się niby powinno. Czego więc o budowaniu związków i pokonywaniu lęków nauczyłam się z trylogii Niezgodna? I jakiego szalonego wyzwania zamierzam się podjąć?

Już w tekście o oczach wspominałam, że staram się słuchać tyle książek, ile tylko się da. Wcześniej słuchałam naprawdę długiego amatorskiego audiobooka, a teraz w moje łapki wpadła trylogia „Niezgodna”. Ostatnio mam słabość do antyutopii, dystopii, urban fantasy, fantastyki, cyberpunku i tym podobnych klimatów. Po bardzo dobrych Igrzyskach Śmierci miałam chrapkę na coś podobnego. A kiedy zobaczyłam, że Niezgodną czyta ta sama lektorka, moja ukochana Anna Dereszowska, to musiałam przesłuchać, nawet gdyby okazało się, że książka jest kompletnie bez sensu. Trochę się tak okazało niestety, ale o tym dalej.

O czym jest w ogóle trylogia? (jest jeszcze czwarta część, ale po tym, jak sponiewierała mnie część trzecia, nie mam na razie ochoty jej czytać, szczególnie że nie ma audiobooka #skandal). Kto nie zna i kompletnie nie kojarzy, niech rzuci okiem na Lubimyczytać. Czyli w skrótcie trochę akcji, trochę antyutopii, do tego szczypta miłości, życiowych rozterek, wojen i czego tam chcecie.

Nie wiem, czy książka mi się podobała jako całość. Fabuła jest pełna dziur, a zakończenie to jakaś, o matulu, porażka. Nie spoilerując za mocno to po prostu odniosłam wrażenie, że jak się nie ma pomysłu na zakończenie, a przecież chce się wzbudzić w czytelniku jakieś głębsze emocje (tyle się naczytał tych tomów, a na koniec ani to ziębi, ani grzeje?) to najłatwiej wszystko, co było poroztrzaskiwać, tak żeby na koniec nie było za dużo do zbierania (zawsze to też mniej pisania w ostatnich rozdziałach). Wątpię żebym wróciła jeszcze kiedyś do tej książki, nastroiła mnie bardzo źle. No chyba, że lektorka mnie pokusi. Co mnie zdziwiło – ostatnio gdzieś w tle włączyłam sobie pierwszą część ekranizacji… i była lepsza od książki. Przeważyły na tym obrazy miasta, a i aktorzy byli całkiem, całkiem, dobrze się na nich patrzyło w każdym razie. [Edit: Widziałam fragmentami drugą części filmu… i jest koszmarna! Starach oglądać kolejne jak ta tendencja się będzie utrzymywać 😉 ] To nie są jakieś porywające plusy, ale książka rozczarowała trochę mocniej. Czego w takim razie się z niej nauczyłam, skoro uważam, że była taka słaba?

Trylogia Niezgodna

Zmiany zachodzące w związku

Pomijając to całe zamieszanie z wojną, podziałami społecznymi i intrygami najbardziej utkwił mi w głowie wątek miłosny. I to nie dlatego, żeby był szczególnie emocjonujący czy dobry, ale dlatego, że autorka złapała naprawdę świetnie to jak czas i brak doświadczenia w relacjach miłosnych zmienia związek. Bo zawsze zaczyna się cukierkowo, a potem… Ale zróbmy to nieco dramatyczniej!

Krok pierwszy – uniesienie

Zna to każdy zakochany – miłość, motylki w brzuchu, wrażenie, że ta druga osoba rozumie nas jak nikt inny przedtem! (Tak jak każda, w której się bez pamięci zakochujemy). Ale w końcu ten koktajl endorfin, serotoniny i dopaminy zaczyna wygasać, a wtedy następuje…

Krok drugi – upadek

No dobra może poniosło mnie z tym dramatyzmem 😉 W tym etapie na scenę wkracza rzeczywistość, motylki odlatują powoli i w głowie pojawia się bardziej rozsądna myśl  druga osoba nie jest częścią mnie, to zupełnie odrębny człowiek. I jeśli wchodzimy w tę fazę z nastawieniem na budowanie związku, a nie tylko przeżycie gorącego romansu to już niestety nic samo się nie zrobi. To, że kogoś mocno kochamy, nie buduje automatycznie dobrej relacji. Związki bez rozmów, wspólnych ustaleń i zaangażowania w końcu się gdzieś potkną.

Roth bardzo ciekawie, wręcz krok po kroku, pokazuje jak powstaje taki rozłam – najpierw jedna niepowiedziana rzecz, potem kolejna. Zamiast rozmowy zamknięcie się w sobie, sam na sam z własnymi problemami. I po wielu takich małych zdarzeniach, które osobno nie mają realnego wpływu na nic, ale już podane w takiej dawce zmieniają obraz relacji. Kiedy bohaterowie zdają siebie w końcu sprawę, że coś mocno nie gra i oddalili się od siebie, nie wiedzą jak to rozsupłać. Bo kiedy wkręcisz się w taką spiralę niedopowiedzeń, małych tajemnic i myślenia „Poradzę sobie sam/sama” to ciężko się z tego wyplątać. Czytając książkę większą uwagę zwróciłam właśnie na to, jak dwie niedoświadczone osoby tworzą relację i jak fatalnie im idzie. Powiedzmy sobie szczerze – nie rodzimy się z umiejętnością budowania fajnych relacji. Uczymy się tego poprzez obserwację innych lub na własnych błędach. Ja podczas czytania przypomniałam sobie masę swoich własnych błędów i pomyłek, przez które dobrze rokujące relację po prostu się nie udawały. Jeśli ktoś chciałby poobserwować taką relację i pouczyć się na błędach bohaterów to książka go nie zawiedzie.

Trylogia Niezgodna

Pokonywanie lęków

Mimo że siedzę bezpiecznie na krześle, to patrząc na obrazek wyżej robi mi się trochę słabo. Skąd u mnie, osoby kochającej ryzyko, szalone karuzele i widoki z góry… lęk wysokości?

Zaczęłam się nam tym zastanawiać po obejrzeniu filmu. Obrazy zwykle mocniej do mnie przemawiają, a sceny kiedy bohaterowie są pod działaniem serum i muszą pokonywać swoje lęki były naprawdę dobre. W głowie od razu zrobiłam krótką listę tego, czego się boję, a czego już nie i natrafiłam na ten nieszczęsny lęk wysokości. Nigdy go nie miałam, ale fakty mówią same za siebie.

Pamiętam dzień, kiedy wspięłam się na wieżę w Parku Mużakowskim, a widok z góry dosłownie wyssał mi powietrze z płuc. Zawroty głowy, miękkie kolana, problemy z oddychaniem. A przecież nie było wcale tak wysoko. Kolejne wspomnienie – wspinamy się z kolegą na dach jego domu. Prowadzi na niego mała drabinka, przymocowana do elewacji tuż przy balkonie na pierwszym piętrze. Wchodzę trzy czy cztery szczebelki i spoglądam w dół. Wrażenie jest niesamowite (pisząc to czuję, że robi mi się słabo). Ręce pocą mi się okropnie, a drabinka ślizga się pod mokrymi palcami. Już wiem, że nie wejdę, a nawet jeśli to tylko Straż Pożarna ściągnie mnie z powrotem z tego cholernego dachu. Jak durnego kota, który nie potrafi zejść z drzewa.

Strach chroni nas przed niebezpieczeństwem, ale też hamuje bardzo, bardzo mocno. Są lęki, których nie chce pokonywać, bo wiem, że one mówią mi „Nie rób tego, to nie będzie dla Ciebie dobre”. Czy w ogóle możliwe jest pozbycie się wszystkich swoich lęków? Ale ten lęk coś mi zabiera – coś, co kiedyś miałam i nie wiem czemu straciłam. W głowie pojawiła mi się szatańska myśl – a gdyby tak się pozbyć tego lęku? Wysłać go do diabła gdzie jego miejsce?

I to postanowiłam zrobić. Pierwszym krokiem, jaki zrobiłam jest zadbanie o lepszą sprawność fizyczną mam stanowczo za słabą kondycję i zbyt wiotkie ręce. Ale po co mi to wszystko..? Zdradzę tylko, że w moim planie pokonywania lęków role pierwszoplanowe grają drzewa, liny, chybotliwe drabinki i wielkie konstrukcje stalowe. Już teraz patrząc na byle brzozę robi mi się słabo na samą myśl, co zamierzam wyprawiać 😀 Kiedyś w podobny sposób pozbywałam się nerwicy natręctw i zobaczymy jak teraz zadziała ta moja metoda. Nie chcę żeby nabyty strach ograniczał to, co chcę robić.

Pokonywanie lęków to najlepszy wątek w Niezgodnej i warto było jej wysłuchać po to, żeby ta myśl pojawiła się w mojej głowie. Wszystko, co nas spotyka, zmienia nas. Ja zaczynam działać. A Ty?

PS Jeśli podobał Ci się ten artykuł, możesz polubić Deevolution na Facebooku lub śledzić mnie na Bloglovin’. Nie przegapisz wtedy nowych wpisów 🙂

  • Dee

    Ze wszystkiego można się czegoś ciekawego nauczyć 😀

  • Dee

    Nie da się znać wszystkich książek 😀

    • a czasem aż szkoda, prawda ? 😀

      • Dee

        Nieee no co Ty 😉 jakbyśmy znały wszystkie książki to już nic by nas nigdy nie zaskoczyło, a to by było dopiero szkoda 😀

  • Dee

    Podoba mi się takie podejście 😀