Jak Lulu ukradła mi kawałek serca, a ja odzyskałam rozum [KOCIOSTORY]

kociostory lulu ragdoll

Kiedy w końcu zdecydowałam się na posiadanie kota (a dachowiec którego chciałam przygarnąć z pewnych powodów nie mógł do mnie trafić) postanowiłam, że pal sześć kupuję wymarzonego ragdolla. Najwyżej nie będę miała co jeść. Miałam jednak dość blade pojęcie jak się za to zabrać i szybko musiałam nadrobić tę wiedzę.

Obraz idealnego ragdolla stworzyłam głowie już całe wieki wcześniej – blue bicolor, z wielkimi niebieskimi oczami i długim futerkiem. No i na pewno dziewczynka. Imię miałam od dawna wybrane. Na rajd po hodowlach jechałam już z planem odnalezienia Lulu.

Wypisałam sobie cały stos pytań do hodowców. Nie tylko na temat badań czy stanu zdrowia kotki i jej rodziców, ale miałam także miliony pytań do mnie samej, które miały mi pomóc wyciągnąć jak najwięcej z tych wizyt – Czy w hodowli jest czysto? Czy koty są zrelaksowane? Ile kotów jest w hodowli? Ile z nich to kociaki? Było tego całe mnóstwo.

Kiedy w jednej z hodowli w końcu spotkałam Lulu od początku wiedziałam, że to jest właśnie moja Lulu. Była dokładnie taka jak ją sobie wyobraziłam. Miała ponad 4 miesiące, więc nie była już nieporadną kulką, a dużym kotem. Pełna gracji, elegancji i…dystansu. Jak tylko nadarzyła się okazja usadziłam ją sobie na kolanach i przytuliłam. Pachniała niesamowicie! Przebijała zapachem wszystkie niemowlaki razem wzięte, a ja wiedziałam już że straciłam głowę. Kiedy spojrzała na mnie tym swoim błękitnym wzrokiem to był koniec, obmyślałam plan gdzie po drodze kupić transporter, bo nie zniosę ani chwili bez tego magicznego stworzenia!

Na szczęście odrobina krwi dopłynęła mi do mózgu i porzuciłam ten idiotyczny plan. Umówiliśmy się na odbiór za tydzień.

Ten tydzień to była mordęga. Bardzo szybko skompletowałam całą wyprawkę i nie miałam czym zająć głowy. Zachowywałam się jak oszalała z miłości, a te siedem dni było absurdalnie długich.

Ale nadszedł wreszcie ten dzień. W pociągu podskakiwałam z emocji i nerwów. Kiedy Lulu znalazła się nareszcie w transporterze (cała moja!) i lecieliśmy na pociąg powrotny zaniepokoiłam się po raz pierwszy. Lulesława wyła okropnie i wcale nie wydawała się zadowolona ani z podróży ani ze swojego nowego towarzystwa. W pociągu transporter stał dokładnie naprzeciw mnie i czułam na sobie wściekłe kocie spojrzenie całą drogę.

Jak to możliwe? Dlaczego ona nie czuje mojej miłości do niej? Co zrobiłam źle? O co chodzi?

Na miejscu Lulu obeszła cały dom ciekawie, a potem schowała się pod niskim stolikiem i leżała tam jak placek. Panikowałam. Przecież przygotowałam się do tego wszystkiego, przeczytałam cały Internet, mam listę stu pytań i odpowiedzi jak postępować z kotem w jego nowym domu. Co w takim razie poszło nie tak? Już sama nie byłam pewna jaką obrać strategię. Zostawić ją w spokoju, zachęcać do kontaktu zabawą czy może też się schować i popłakać w kącie? (Zastosowałam wszystkie trzy metody przez weekend szczególnie upodobałam sobie trzecią).

To był piątek. Przez cały weekend starałam się z Lulu zaprzyjaźnić, ale wzbudzałam co najwyżej jej irytację. Nie trafiały też do mnie argumenty, że powinnam być cierpliwa. No bo jak mam być? Ja ją tak koooocham, a ona mnie nie!

Chyba z tego całego świrowania obniżyła mi się odporność i zamiast w poniedziałek trafić do pracy wylądowałam na zwolnieniu chorobowym. Co najdziwniejsze – Lulu odkryła wtedy ile radości daje jej spędzanie czasu ze mną. A ja rozpoczęłam swoją kocią edukację.

Ta historia ma dobry koniec. Żyjemy sobie długo i szczęśliwie, prawie jak w bajce tylko zamku nam brak. Ale to też bajka z morałem o oczekiwaniach wobec kota. Garść wskazówek i wyjaśnień na temat wyboru kota, dokacania domu i relacji kot-człowiek w następnym poście.

PS Jeśli podobał Ci się ten artykuł możesz polubić Deevolution na Facebooku lub śledzić mnie na Bloglovin’. Nie przegapisz wtedy nowych wpisów 🙂