Jedyna bezpieczna przystań jest w twojej głowie

spokój w głowie

Pamiętacie jak wspominałam o mojej bajce, w której obecnie żyje i pokonuje przeciwności losu? Chyba zbliża się jakiś punkt kulminacyjny, po którym albo dostanie mi się królestwo i księżniczka albo zeżre mnie troll. Jak na razie troll jest górą, ale mam jeszcze trochę czasu antenowego, więc nadzieja jest! W takich chwilach przypominam sobie jak dobrze jest mieć bezpieczną przystań w swojej głowie.

Piosenką przewodnią tego tekstu jest:

Wpadła mi do głowy przypadkiem, a pasuje jak ulał.

Ostatnie dni to mieszanina porażek i małych katastrof. Jedna za drugą. Jeśli z kilkoma porażkami albo paroma katastrofami jestem w stanie sobie poradzić, to kiedy przez kilkanaście dni pod rząd dostaje co chwile jakimś moim paskudnym lękiem, tracę to na co długo pracowałam, staje się lekko niepełnosprawna i w którą stronę się nie ruszę coś mi sypie, to czuję, że miarka się przebrała. Na dodatek ostatnio sytuacja społeczna jest bardzo napięta, a jestem mocno wyczulona na godzenie w prawa kobiet, bo (niespodzianka!) sama nią jestem. Nie o tym jednak jest ten tekst. Pomimo zawirowań nadal jest ze mną dobrze – życie nie rozsypuje mi się w rękach, bo wypracowałam metodę radzenia sobie w takich chwilach.

Łatwo jest mówić o dobrym samopoczuciu kiedy czujemy się dobrze. Gorzej kiedy wiele spraw rozpada nam się jak domki z kart. Ale paradoksalnie jest mi dobrze nawet kiedy czuję się do dupy. O czym ja bredzę? 😛

Chwilę kiedy robi się naprawdę źle wyczuwam od razu. Przez wiele lat pracy nad samą sobą nauczyłam się bardzo mocno uważności. Kiedy dostaje moich starych objawów nerwicowych, wiem że coś się dzieje. Dziś ilość złych wieści na godzinę była zbyt duża i ciało zareagowało od razu – skręt w brzuchu, drżenie palców, płytki oddech i okropne, okropne zimno mimo że na dworze było ponad 20 stopni a ja miałam na sobie dwie bluzy, warstwę tłuszczu i kota. I w tym momencie zadzwonił domofon. Spodziewałam się gościa, więc otworzyłam drzwi wejściowe na oścież i wróciłam do pokoju. Jakie było moje zdziwienie kiedy w mieszkaniu pojawiły się dwie obce mi kobiety i zapytały czy zechce porozmawiać z nimi na temat pocieszenia. Panie grzecznie wyprosiłam z mojej posiadłości i postanowiłam poświęcić trochę czasu dla siebie. Skoro los przysyła mi już w ramach pocieszenia dwie panie Jehowe to znaczy, że muszę o siebie porządnie zadbać! 😀

Po tym przydługim wstępie każdy się pewnie orientuje, że dziś nie jest mój dzień. I że moje problemy nadal nie zniknęły kiedy piszę te słowa. Ale w głowie mam już spokój. Bo w takich chwilach pierwsze co robię to chowam się w swojej bezpiecznej przystani – w moim umyśle.

spokój w głowie

Kiedyś nie mogłam tego zrobić – zamiast wygodnego i bezpiecznego miejsca miałam tam paskudną melinę, brudną i brzydką, a za towarzystwo paru nieznośnych żuli – jak to w melinie. Teraz w głowie mam mały domek przy plaży i mogę w każdej chwili pojechać tam na mentalne wakacje, kiedy wszystko zaczyna się niebezpiecznie chwiać. Po takim urlopie jestem wypoczęta i mogę dalej ogarniać chaos, który u mnie zagościł. To może być też metoda na złe dni. Jeśli uda ci się wypracować to miejsce to możesz z niego korzystać kiedy tylko chcesz.

Często w trudnych chwilach szukamy pomocy i wsparcia u innych. Albo gdziekolwiek indziej tylko nie u siebie. Jasne, że dobrze jest mieć bliskich, którzy wysłuchają, pocieszą i przytulą (przytulanie to podstawa życia!). Ale kiedy czujesz się mała, słaba i życie kopie cie z każdej strony to jedyne naprawdę bezpieczne schronienie jest w twojej głowie. To miejsce gdzie nikt nie zajrzy, nie odczyta twoich myśli i jesteś całkowicie bezpieczna. No chyba, że to Edward Cullen to gorsza sprawa:

No dobra, bez żartów 😉 to naprawdę podstawa żeby w swojej głowie i emocjach zrobić powoli porządek, ufać sobie i szukać pomocy u siebie. Stwórz w swojej głowie bezpieczna przystań i idealny dom, w którym dobrze ci się mieszka. A nie melinę, do której nigdy nie chcesz wracać i tułasz się sprawdzając czy ktoś cie czasem nie przygarnie. Kiedyś też uciekałam sama od siebie i szukałam szczęścia gdzie indziej. A jest przecież tylko jedna osoba, która zawsze jest ze mną – ja.

Dzisiaj kiedy wszystkiego było już za dużo odcięłam się i spędziłam parę chwil w mojej bezpiecznej i spokojnej głowie. Parę rzeczy wyrzuciłam myśląc no i co z tego, resztę powoli przerobiłam – to na co mam wpływ. Na co nie mam na razie wpływu odsunęłam. Denerwowanie się czymś czego nie można zmienić to strata czasu i energii. Te moje wędrówki w głowie to coś na kształt medytacji, trochę drzemki, a już na pewno głębokiego relaksu i odpoczynku. Pozwalam też mojemu ciału się odprężyć i usunąć stres z brzucha, karku, ramion. Ty możesz to rozegrać jak tylko tobie pasuje. Ważne żebyś czuła się bezpiecznie sama ze sobą.

Zadanie na dziś: Proszę poświęć sobie 10 minut przed snem, uporządkuj myśli. Jeśli to ci pomaga spisz je. Efekt nie pojawi się od razu. Z pracą nad sobą jest jak z odchudzaniem – diety cud nie dają trwałych efektów, a prawdziwe i głębokie zmiany potrzebują czasu, wysiłku i regularności. Nie rzucaj się na głęboką wodę jeśli u ciebie w głowie jest melina że hej. Zacznij od tych paru minut dla siebie co wieczór i powoli odgruzuj swój bezpieczny dom. Uwierz mi i spróbuj. Nie jestem jakaś nawiedzona czy coś. No dobra, trochę 😉

PS Jeśli podobał Ci się ten artykuł możesz polubić Deevolution na Facebooku lub śledzić mnie na Bloglovin’. Nie przegapisz wtedy nowych wpisów 🙂