Minikociostory #2 – imprezy, kalendarz i mrożone banany

minikociostory

Co to są minikociostory? To czasem bardzo krótkie, a czasem trochę dłuższe historyjki o moich perypetiach z kotami, które regularnie publikuję na fanpage’u Deevolution. Wiem, że nie wszyscy są fanami Facebooka, więc postanowiłam co jakiś czas robić z nich kompilację i wrzucać na stronę. Kto woli być na bieżąca i nie czekać na takie posty, które będą pojawiać się pewnie raz na kilka miesięcy może polubić mnie na FB. Będzie mi bardzo miło 😀

Część pierwsza – Minikociostory #1 – diety, kąpiele i Harry Potter

*

22 lipca – pod wrażeniem

Beor jest inteligentny, ale na swój własny sposób.
-Beor, umyj łapki, masz całe brudne 🐾
Lizu, lizu, lizu…
-Ale swoje, nie moje łapki!
Podsumowanie: ja mam dwie baaardzo czyste łapki, Beor nadal brudny

*

23 lipca – rozbawiona
Yntelygencji Beora ciąg dalszy – zabrakło nam żwirku, wiec awaryjnie kupiłam jakiegoś Benka w sklepie koło domu. Wiedziałam że na Lulu nie mam co liczyć (nowości to nie jej bajka), ale byłam pewna, że Beor bedzie z radochą korzystał ze wszystkiego co nowe. I właśnie tak jest… Radocha jak najbardziej, korzystanie jak najbardziej nie. Beor leżakuje w kuwecie, turla sie w kuwecie, wskakuje i wyskakuje z niej z radochą na malowanym pyszczku. Obecnie robi w kuwecie plażing 😎 mam nadzieję, że w końcu załapie o co chodzi

*

29 lipca

Bez sentymentu wspominam drzwiczki dla kotów, które miałam w poprzednim mieszkaniu. Drzwiczki to trochę duże słowo – to była po prostu dziura w drzwiach od łazienki, więc koty mogły mnie odwiedzać podczas kąpieli kiedy tylko dusza zapragnie. I korzystały z tego, że hej!

Pamiętam jak pewnego ciężkiego wieczora leżałam w wannie zanurzona po nos. W uszach miałam tylko delikatny chlupot wody i wchodziłam właśnie w najgłębszą fazę relaksu. Ammmmmm… A kiedy otworzyłam oczy….
-Aaaaaa!!! – jakieś 10 milimetrów od mojej głowy zobaczyłam wpatrzone we mnie niebieskie oczyska i wesołą morkę Beora.

Byłam pół żywa ze strachu, ze szczypiącym nosem od wciągniętej wody z bąbelkami, wściekałam się jak szalona, a woda z wanny zalała mi łazienkę. Co na to Beor?

Nie ruszył się na milimetr i nawet miny nie zmienił, zen jak pieprzony mnich buddyjski „I po co tyle krzyku? Relax”

*

31 lipca- w głupkowatym nastroju

Był taki czas, że bardzo dużo imprezowałam. No bo co lepszego można zrobić w wolny wieczór? Wypić kilka browarków, a potem wrócić do domu chwiejnym krokiem? Tak! I właśnie tym się zajmowałam!

Mieszkałyśmy wtedy z Lulu same i czekała na mnie o każdej porze dnia i nocy jak wyrozumiała, kochająca żonka. Któregoś z takich piątków wróciłam w naprawdę ciężkim stanie. Nigdy nie kładę się spać bez mycia się plus nitkowania zębów (no dobra, może kilka razy zdarzyło mi się zasnąć w takim niegodnym stanie ), ale wtedy nie miałam na to wystarczająco siły, więc postanowiłam zdrzemnąć się na kanapie, nabrać mocy i za kilka minut się ogarnąć.

Zwinęłam się w kłębek i zaczynałam zasypiać kiedy poczułam, że jakieś ciekawskie stworzonko obchodzi mnie raz z jednej, raz z drugiej strony. Lulu była zaintrygowana wspaniałym miejscem (stworzonym jak dla kota!) które pojawiło się kolo mojego brzucha kiedy zwinęłam się na kanapie. Jednak z żadnej strony nie mogła się do niego dostać – od strony nóg wierzgało, od strony rąk odganiało, przy włażeniu na głowę sapało i też odganiało, plecy były przyciśnięte do oparcia kanapy. No do cholery!

Ale Lulu nie z tych co się poddają, a szarych komórek ma przynajmniej 200 razy tyle co Beor (a wtedy jeszcze go na świecie nie było ). Poczułam, że upierdliwy kot odchodzi, ucieszyłam się naiwnie i znów zaczęłam zasypiać. Tak mi było dobrze, browarek kołysał mnie do snu…

Wiecie co było dalej, nie? Tak, to jedna z tych historii, w których cierpię

Nagle poczułam porządne uderzenie, aż mi się zrobiło mdło. Ktoś mnie zaatakował? Kto? Włamał się do mieszkania? Nie bij więcej! Nie, nie. To po prostu Lulu wspięła się na oparcie kanapy zdecydowana, że za chwilę będzie spać właśnie w tym wymarzonym, stworzonym jak dla kota miejscu i skoczyła na bombę wprost na mój brzuch. Dobrze że ona waży ledwo 4 kilo. Oj jak szybko wytrzeźwiałam i postanowiłam, że już mam siły się umyć. Mina Lulu była mordercza kiedy zwlokłam się i magiczne miejsce dla kotów zniknęło

*

4 sierpnia – rozbawiona

Beor ma dziwne zboczenie na punkcie mojego kalendarza ściennego. Regularnie się na niego zaczaja i kiedy tylko nie ma mnie na horyzoncie kradnie z niego okienko do oznaczania dni.

Nie wiem o co mu chodzi, to bardzo miły kalendarz. Na górze ma napisane „Dzień dobry, Piękna!”. Ten kalendarz na serio wie jak mi się przypodobać i może w tym właśnie tkwi sedno – Beor nie lubi konkurencji

Któregoś razu Beor postanowił zrazić mnie do mojego miłego kolegi wiszącego na ścianie i przestawił kalendarz na półtora tygodnia naprzód. W tym czasie miałam od groma pracy i utrata chociaż jednego dnia mogła zakończyć się katastrofą. Pewnie sobie wyobrażacie co się stało jak wstałam z rana półprzytomna i zerknęłam na datę Wtedy byłam wściekła, ale po czasie doceniam inwencję Beora – wkręcił mnie nieziemsko

*

8 sierpnia – zszokowana

Koty są po prostu…dziwne. Położyłam się i jem mrożonego banana, a koty zawisły nade mną z wytrzeszczonymi gałami. Takiego szoku to jeszcze nie widziałam na obu mordach na raz – wytrzeszcz totalny i to w pełnej synchronizacji. Aż głupio dalej jeść Co jest tak szokujacego w zamrożonym bananie to nie wiem

PS Jeśli podobał Ci się ten artykuł możesz polubić Deevolution na Facebooku lub śledzić mnie na Bloglovin’. Nie przegapisz wtedy nowych wpisów 🙂