Co zrobić kiedy życie wali Ci się na głowę?

jestem nieszczęśliwa

Jestem rozsądnym człowiekiem. Naprawdę. Rozsądnym. Człowiekiem. Zwykle nie dramatyzuje, zawsze szukam wyjścia z trudnej sytuacji, nie panikuje albo staram się panikować w jakichś sensownych granicach. Ale są sytuacje, które po prostu rozwalają system i nie wiadomo jak się z nich wyplątać.

Zaczęło się pod koniec kwietnia, a potem rozwinęło się w maju – totalny rozpiernicz w każdej dziedzinie życia. Na pierwszy ogień poszła praca, potem mieszkanie, a wśród tego hasały wesoło problemy osobiste plus moja najgorsza zmora – nerwy i emocje. Myślałam, że po tym jak opanowałam nerwicę natręctw nic mnie już nie zaskoczy. I wpadłam po same uszy.

Mam zachowanych kilka tekstów, która starałam się pisać w tym czasie. Przewijało się w nich sporo wciąż tych samych zdań:” Czuje się zmęczona nawet swoimi własnymi marzeniami i planami.” lub „Męczy mnie wszystko. Spanie, nie spanie, pracowanie i brak pracy, relaks i brak relaksu, inni ludzie, a jeszcze bardziej brak innych ludzi. Wkręciłam się strasznie w tę maszynkę.”

Pod koniec maja bywały dni, że nie ogarniałam rzeczywistości. Dźwięki słyszałam jak zza ściany. Czas i ludzie wokół nie mieli znaczenia. A jeśli się zdenerwowałam z jakiegoś powodu to już koniec – żaden argument, rozmowa, pocieszacz, nic na mnie nie działało. W głowie miałam mgiełkę, która oddzielała mnie od otoczenia i nie mogłam się z niej wydostać. Byłam bez sił i motywacji do działania. Najchętniej zrobiłabym sobie przerwę od życia, chociaż miesiąc lub dwa. I nie pomagało wcale to, że moją sytuację dobijał nawał rzeczy do zrobienia, zaległych „ważnych” spraw i wszystkiego na już i na wczoraj.

Kiedy tak myślę o tej paskudnej sytuacji to widzę, że na cały proces wychodzenia z czarnej dupy złożyło się kilka czynników. Jedne pomogły mi bardziej, inne wydawały mi się na początku kompletnie bezsensowne, ale w dłuższej perspektywie poczułam ulgę. Jestem wdzięczna, że je znalazłam i wynurzyłam się na powierzchnię. Chce tylko dodać – to są moje sposoby, to co pomogło kiedy zapadałam się coraz bardziej i bardziej. Nie wiem czy pomogą Tobie. Nie będę ściemniać, że to super cud sposób na wszystkie problemy i emocje. Nie pomogły mi w problemach finansowych i mieszkaniowych, nadal się z nimi borykam i zajmie mi jeszcze trochę czasu zanim się z tego wygrzebie i złapię równowagę. Ale uspokoiłam już swoje najgorsze emocje, które rozpieprzały mnie na kawałki kiedy tylko zbierałam swoje życie do kupy. Nie wiem jak dalej będą rozwijały się te emocje, ale doceniam to, że mimo że się chwieję stoję już na obu nogach nie na jednej.

jestem nieszczęśliwa

Krok pierwszy : Czułość, ukojenie, płacz

Na pierwszy ogień poszło zajęcie się swoim wewnętrznym dzieckiem. No dobra, nastolatkiem też. Dziecka nie poiłabym alkoholem i nie wypuszczała w nocy w miasto. Dałam sobie czas na bycie słabą, beznadziejną, rozkapryszoną, smutną, płaczliwą, samotną. Ale przy tym koiłam, byłam wyrozumiała jak tylko się da, pozwalałam sobie na wiele, pobłażałam  i totalnie wszystko odpuściłam. Im bardziej brnęłam w to co zaplanowałam wcześniej tym bardziej frustrowałam się tym, że teraz nie mogę już tego zrobić. Zabrakło sprzyjających okoliczności i moje plany nie uda się zrealizować w tej formie, w której chciałam. Jakby to była tylko jedna rzecz, jedno małe marzenie, przełknęłabym to. Ale nie, wszystko co zaplanowałam, wszystko co chciałam zrobić, o czym marzyłam po prostu się jebło.  Strasznie mnie ta sytuacja przybijała, uznałam więc, że wszystko powoli usunę z głowy, ale nadal nie mogłam się z tym pogodzić. Byłam wściekła, rozczarowana i dawałam temu upust. Pozwalałam sobie na kaprysy, zrzędzenie, upijanie się, grymaszenie i całą tę nieznośną dziecinną otoczkę. Czy to było dobre? Dla mnie tak. Ale nie mogę tego wszystkim polecać z czystym sumieniem. Dla mnie to było dziwaczne katharsis i zdjęcie z siebie wielu obciążeń.

Krok drugi: Spokój

Emocje są fajne, jeszcze fajniejsze jest wyrzucanie z siebie emocji ale potem potrzebowałam spokoju. To trochę jak z przygodnymi romansami – cudownie jest doświadczać tylu emocji i przejechać się na tej całej karuzeli uczuć, ale po zbyt długim czasie chce Ci się po prostu rzygać. I mnie się chciało – tymi dobrymi emocjami, które sobie fundowałam, ale przede wszystkim tymi złymi, ekscytacją na przemian z kompletną depresją. Miałam po prostu dosyć wszystkich skrajności i czułam, że mogę spróbować złapać równowagę w tym co robię. Nie do końca mi się udało,  bo skończyło się wewnętrznym odrętwieniem i zobojętnieniem. Ale, ale… Niespodziewanie spojrzałam na wiele spraw inaczej.

Krok trzeci: Inna perspektywa  i inny sposób myślenia

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że bliska mi osoba przeżywa podobne problemy do moich, a nawet ma kilka dodatkowych życiowych komplikacji. Ta rozmowa przywaliła mi mocno i obudziła z marazmu. Nie, nie odbyło się to na zasadzie – „Ojej inni nie mają co jeść, a ja wybrzydzam nad smażoną wątróbką. Nie no,  koniec z tym! Od teraz będę zmiatać wszystko z talerza z uśmiechem na ustach!” Po prostu w głowie coś w końcu zaskoczyło. W tym samym czasie coraz lepiej zaczęła mi wychodzić też ta cała sprawa z wdzięcznością. Wcześniej byłam zbyt rozbita żeby płynęły z niej jakieś pozytywne emocje. Robiłam bo robiłam, ale bez zaangażowania i wiary w to co robię nie było żadnych rezultatów. Dopiero te dwie sprawy połączone razem – poznanie innej perspektywy oraz powolne zmiany sposobu myślenia nakierowały mnie na dobra drogę. Zmiana która była szczera i  płynęła z serca zaczęła coś zmieniać.

jestem nieszczęśliwa

Krok czwarty: Nowy plan

Kiedy zaczęłam składać się od kupy szybko nakreśliłam nowy plan. To jest naprawdę ważne – w takich chwilach plan trzyma mnie w jednym kawałku, wiem do czego teraz dążę, zamiast tylko dryfować bez celu. Nie zawsze było wesoło, co prawda pogodziłam się ze stratą wielu rzeczy, ale podczas wstępnego szkicu zdałam sobie sprawę, że jeszcze z czegoś będę musiała zrezygnować, przynajmniej na jakiś czas – koci kurs w Warszawie. Kiedy ustaliłam priorytety na już plus ogarnęłam finanse okazało się, że nie ma takiej opcji żeby zrobiła go w tym roku. Bez płaczu. Będzie jeszcze na to czas. Z nowym planem poczułam się silniejsza, bo po tym jak ogarnęłam emocje i życie osobiste to sprawy totalnie przyziemne nadal mi ciążyły. Teraz mam dobry plan jak powolutku je naprostować.

Czynnik wspomagający: Inni ludzie

Prócz tego co pisałam już w tekście o relacjach z ludźmi cały czas staram się pamiętać o kilku zasadach – przede wszystkim doceniaj, nie miej gotowych oczekiwań, daj jeszcze więcej z siebie (czyli kontynuacja mojego eksperymentu), kochaj. I jeszcze coś – nie był to dla mnie kolejny punkt do przerobienia na drodze do lepszego samopoczucia (jak dziwnie, bezosobowo czy instrumentalnie by to nie brzmiało, tak wcale nie jest!), a właśnie czynnik wspomagający wychodzenie z bagna. Cały czas uczę się, że jedyną osobą, z którą mogę rozwiązać swoje wewnętrzne problemy jestem ja. Inni mogą mnie tylko wspierać, ale tutaj to ja mam być rycerze w lśniącej zbroi i sama siebie uratować w razie potrzeby. Tak czy inaczej wsparcie bliskich jest bardzo ważne. Bez osób, które słuchały moich smutków, płaczów, miały cierpliwość i wspierały byłoby mi dużo, dużo trudniej.

Lek bez recepty: Zmuś się do życia

Jestem w trakcie. Od kiedy mam więcej siły zmuszam się do działania i czekam aż stanie się ono rutyną, tak jak kiedyś. Ponoć potrzeba od miesiąca do dwóch ciągłych działań żeby coś stało się nawykiem. Na takiej zasadzie nauczyłam się pić ponad 2l wody dziennie. Wierze że dobry nastrój też może być nawykiem, że jeśli taki będzie mój wybór i będę to kontynuować to tak się właśnie stanie. Jestem teraz na tak dobrym etapie, że czuje ze jestem w stanie działać. Wcześniej nie byłoby takiej opcji, najpierw musiałam wyrwać się z totalnego odrętwienia. Zmieniam też powoli dietę, widzę jakie jedzenie mi służy i dodaje energii, a od jakiego jestem przymulona, a nawet momentalnie zasypiam! Zmiany są w toku.

Ostatni krok: Samotna podróż

Mój ostatni jak na razie punkt i jedyne czego jeszcze nie zrealizowałam. Mam ją już w głowie tylko kotom trzeba zapewnić babysitter i doprowadzić rozpoczęte sprawy do końca. Tak w sumie podróż to też zmiana perspektywy, a samotna podróż to dobry krok ze strefy komfortu, a to zmusza do nowych zachowań. Myślę, że taka wyprawa sprawdziłaby się dobrze w kroku trzecim. Jeśli na drodze nie stanie nam nic co zmieni nasz sposób myślenia to warto dopomóc szczęściu i wyruszyć nawet w krótką podróż.  Może tam wydarzy się coś nowego?

jestem nieszczęśliwa

To nie są jakieś przełomowe rozwiązania. Nie wymyśliłam koła od nowa. Moja droga przypomina mi trochę radzenie sobie ze stratą – zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja. Te wszystkie emocje pojawiały się gdzieś po drodze aż w końcu udało mi się zaakceptować nowy stan rzeczy i mieć siły żeby znów ruszyć. W  tym czasie przeżyłam stratę dawnego życia i możliwości. Pogodziłam się z tym co już nie wróci. Jeśli jesteś w tak złym stanie jak ja to nie powiem Ci, że będzie dobrze, bo to wyświechtany i wkurzający frazes. U mnie nadal nie jest dobrze. Mam tę kruchą równowagę i wzmacniam ją powolutku, wystrzegam się sytuacji, w których coś mogłoby pęknąć. Unikam złych emocji, nie wchodzę w tematy „Być albo nie być”, nie przewracam wszystkiego do góry nogami. Kiedy znów będę tak pewna i spokojna jak wcześniej wtedy będzie czas na wielkie zmiany. Teraz moim priorytetem jest życie w spokoju z samą sobą. Uda się.

Wyszedł mi strasznie długi post. Przyznać się kto przeczytał całość? Dla mnie ten tekst jest bardzo ważny. Dużo się mówi o byciu aktywnym, pozytywnym, o braniu życia we własne ręce i działaniu. Ja jestem jak najbardziej za – jestem kowalem własnego losu, moja sytuacja to wypadkowa poprzednich wyborów i tak dalej w ten deseń. Ale zdarzają się sytuacje, w których decyzje innych osób przewracają świat do góry nogami i na to nie mamy wpływu. A kiedy tych sytuacji uzbiera się strasznie dużo ciężko jest się podźwignąć. Ja czułam jakbym miała na piersi kamień, który utrudnia mi oddychanie. I sama musiałam przez to przejść, wsparcie innych było tylko pomocnicze.

Poza tym smutek nie jest szczególnie chodliwym tematem, problemy nie przyciągają tłumów ludzi (no chyba, że banki z ofertą kredytu albo jakąś inna sektę), a samotność odbieram jako ogromne tabu społeczne. Kto bez problemu wszem  i wobec przyzna się, że jest samotny kiedy jest samotny? „Nie, no może jestem troszkę osamotniona, ale spoko mam 800 znajomych na Facebooku i 40 takich na stówę realnych, z którymi nawet w tym momencie mogę skoczyć na browarka, nie no jest spoko”.

Ciekawi mnie jak inni wychodzili z takich sytuacji. Co pomogło? Co kompletnie rozczarowało? Jak złapałyście balans i równowagę? Wiem, że to tematy bardzo osobiste, więc anonimowe komentarze będą jak najbardziej ok lub wysłanie prywatnej wiadomości przez kontakt.

Ale fajne uczucie znów dodać post 🙂

PS Jeśli podobał Ci się ten artykuł możesz polubić Deevolution na Facebooku lub śledzić mnie na Bloglovin’. Nie przegapisz wtedy nowych wpisów 🙂

  • Sylwia Zwierzynska

    Właściwie to bardzo podobnie przechodziłam swoją czarną dziurę. Nie mówię, że jest już dobrze, ale dużo lepiej niż było. Wiele się nauczyłam przez ten czas, pozmieniały mi się priorytety. Stałam się dla siebie ważna. Nauczyłam się, że od tego co myślę i jak odbieram świat zalezy całe moje życie. Dlatego pilnuję swoich myśli, bo potrafią mnie w ciągu kilku minut wpędzić w taki dół, że szkoda gadać. Ale mogą też wyciągnąć z doła.
    Kiedyś jak byłam w jednym z większych dołów, takich co to tylko śmierć jest pocieszeniem i nic już nie pomagało, powiedziałam do siebie tak: Nie wiedziałam, że można być aż tak szczęśliwym. To nie pomyłka, powiedziałam szczęśliwym. Co się wtedy stało? Moja podświadomość zgłupiała 🙂 Nie wiedziała co się dzieje, pojawiła się jakaś dezorientacja, zdziwienie o co chodzi, trochę jakby mnie puściło. No to poleciałam po bandzie, zaczęłam powtarzać to zdanie w kółko, do tego jeszcze, że życie jest piękne, wspaniałe itp. Wcale nie chodziło mi o to, że to prawda, nie miałam zamiaru siebie przekonywać do tego, bo to i tak byłoby niemozliwe. Po prostu powtarzałam jak wierszyk takie zdania. Pomogło. Od tamtej pory często to stosuję i dobrze mi to robi. Przede wszystkim zatrzymuje w miejscu ten negatywny potok mysli który sam się pojawia w głowie.
    Dla mnie ten post nie jest długi. I wiem dlaczego jest dla Ciebie ważny. Dla mnie też jest, choć to już raczej historia u mnie.
    Co mnie najbardziej rozczarowało? Czas. Czas trwania tej ciemnej nocy duszy, ciągle i ciągle myślałam że już teraz będzie lepiej. Nie było. Minęło jedno zaczynało się drugie. Ciągle nadzieja, że już, już, ale ku…wa nie!!! Więc kolejny dół i kolejne wyciąganie z doła. Mam wprawę w wychodzeniu z dołów, tyle tego było.
    Jak złapałam balans? Znowu czas. Wypróbowałam miliony sposobów, spisałam kilkadziesiąt zeszytów 100 kartkowych pt. jak z tego wyszłam.
    Najważniejsze jest to co myslisz o sobie, o świecie, o życiu – tego się nauczyłam, tego pilnuję. No i faktycznie, to też wchodzi w nawyk.
    Ale mi się długi komentarz napisał! To jakiś mój rekord w necie.

    • Dee

      Dziękuję za ten komentarz 🙂 cieszę się, że opisałaś swoją historię i dobrze, że ten najgorszy czas masz za sobą i wiesz jak sobie radzić. Mózg to naprawdę czasami głupia maszynka – można go oszukać w taki sposób jak Ty zrobiłaś wmawiając sobie, że jest dobrze kiedy masz ochotę palnąć sobie w łeb. Zrobiłam coś podobnego i dobry nastrój wszedł mi już w nawyk. Ale też jestem z tych co się muszą pilnować (ja akurat mam genetyczną skłonność do nerwic i depresji) to pilnujmy się teraz razem 😉 ściskam 🙂

      • Sylwia Zwierzynska

        Pilnujmy się razem 🙂 Od razu jakoś tak milej, bo zrozumieć taki stan może tylko ktoś kto sam to przeżył. Pozdrówka 🙂